user_mobilelogo

Licznik odwiedzin

0.png9.png8.png2.png8.png5.png

Wszystkie wpisy alfabetycznie

wtorek, 31 maj 2016 00:00

 

 

Kolagenowa "wkładka" do zupy mojej mamy

bolace kolano

Problemy ze stawami są powszechne i wcale nie dotyczą tylko osob starszych, bo nawet nastolatki w okresie intensywnego wzrostu mogą narzekać na bóle stawów. Potencjalnych przyczyn bólów może być bardzo dużo, od nietolerancji pokarmowej poprzez zakażenia bakteryjne na braku kolagenu kończąc. Ta ostatnia przyczyna jest częsta u osob starszych, ale i osoby trzydziestokilkuletnie mogą mieć już niedobory kolagenu, np. ze względu na dietę czy niekorzystny styl życia. Kolagen to główne białko tkanki łącznej.

Najlepsze źródła kolagenu to te, które zwykle lądują w koszu jako niepełnowartościowe mięso i to wielki błąd. Są to łapki kurze, skóra zwierząt, chrząstki. Dużą ilość kolagenu zawiera również golonka. Wiem, wiem, dla części czytających (dla mnie też) te wszystkie specjały są nie do przełknięcia. Ale jednak jest sposób na to, żeby przełknięcie było jak najbardziej możliwe. 

Dziś przedstawiam autorski pomysł mojej mamy na kolagenową wkładką do zupy. Regularne stosowanie przynosi rewelacyjne rezultaty, można odstawić suplementy na stawy.

Składniki:
Golonka szt. 1, najlepiej ekologiczna z grubą skórą 

Golonkę gotujemy w wodzie na małym ogniu przez ok. 2 h, aż będzie naprawdę miękka. Następnie zdejmujemy z niej to co najlepsze czyli skórę J Miękką i lekko galaretowatą skórę kroimy na małe kawełeczki, np. centymetrowe a następnie całość wrzucamy do urządzenia wysokoobrotowego i miksujemy na jednolita masę.

Masa wygląda tak: 

To nie jest przekłamanie kolorów, jest rzeczywiście prawie biała. Jest to dowód na to, że kolagen (skóra) to nie tłuszcz, czego niepotrzebnie obawiają się niektórzy. Tak przygotowaną masę przechowujemy w lodówce dodając jej na bieżąco do gotowanych zup. Nie zmienia smaku, nikt nawet się nie domyśli z czego jest, fajnie zagęszcza i nadaje „śmietanowy“ kolor. Zapraszam do garów!

Share on Myspace

wtorek, 24 maj 2016 00:00

10 pseudozdrowych produktów, których należy unikać 

  

Kwestia konieczności zdrowego żywienia wydaje się coraz bardziej docierać do wielu ludzi, jednak okazuje się, że brak czasu na samodzielne zgłębianie tematu wystawia nas na liczne pułapki, związane ze stosowanymi powszechnie uproszczeniami oraz nieuczciwymi sztuczkami producentów. W konsekwencji przeciętny konsument chcąc się żywić zdrowo sięga po produkty, które ze zdrowiem niewiele mają wspólnego.

W tym wpisie przyjrzymy się 10-ciu z nich:

 1. Pieczywo ziarniste

Brzmi dobrze i zdrowo, jednak w praktyce pieczywo wieloziarniste to najczęsciej w większości białe pieczywo z pszenicy rafinowanej ze spulchniaczami z dodatkiem pestek dyni, słonecznika itp, obtoczone z wierzchu ziarnami. Dodatek zdrowych ziaren nie zmienia postaci rzeczy – jest to pieczywo pszenne, źle trawione, pozbawione w procesie rafinacji większości składników odżywczych

2. Chleby orkiszowe i żytnie

Orkisz jak wiadomo jest tą odmianą pszenicy, która została mniej zmodyfikowana genetycznie, zatem jest ogólnie lepiej trawiona jeśli chodzi o gluten niż pszenica. Żyto zaś w ogóle jest darem i jest bardzo zdrowe. Zanim jednak sięgniesz po produkty oznaczone jako „chleb orkiszowy“ czy „chleb żytni“ – sprawdź skład. Bardzo często dodatek orkiszu do pszenicy (np. 20% orkiszu i 80% pszenicy) w opinii producenta uprawnia go do nazwania chleba orkiszowym i ustalenia odpowiednio wyższej ceny. Trzeba na to bardzo uważać, bo o ile nie jest napisane „100% orkiszu“ czy „100% żyta“ to od strony prawnej wszystko jest w porządku i wprowadzania w błąd nie ma, ale taki chleb zdrowym nazwać nie można. Nawet jeśli uda nam się znaleźć chleb w 100% orkiszowy czy żytni – nadal należy zachować czujność. Czy jest to bowiem chleb z ziarna rafinowanego (oczyszczonego i przez to pozbawionego większości składników) czy z pełnego ziarna? Chleb żytni z pełnego ziarna jest bardzo ciemny, najlepiej smakuje po 5 dniach i jego cena nie ma prawa być niższa niż 10-12 zł. za mały bochenek – po prostu cudów nie ma, taki chleb przygotowuje się kilka dni. Natomiast jeśli spotykacie chleb żytni, który ma kolor stosunkowo jasny to jest to najprawdopodobniej chleb pytlowy, czyli z mąki gdzieś pośrodku skali stopnia przetworzenia. Taki chleb nie jest najgorszy, ale też jego walory zdrowotne w porównaniu z chlebem żytnim pełnoziarnistym są niewielkie.

3. Oleje roślinne

Jeśli miałabym stworzyć listę tego co nam nie służy i nas zabija – oleje roślinne rafinowane znalazłyby się na samej górze, przed cukrem, solą itd. Bliżej o tym pisałam w tym artykule i bardzo Wam go polecam. Oleje nie są czymś co naturalnie występuje w przyrodzie – jest to produkt skoncentrowany a jako taki powinien być stosowany bardzo oszczędnie. Oleje rafinowane to dramat (wolne rodniki i proces starzenia/ powstawania nowotworów, brak podstawowych składników odżywczych, oleje trans wywołujące choroby cywilizacyjne, oraz rakotwórczy akrylamid wytwarzający się przy smażeniu na olejach nienasyconych pow. 180 st.), nierafinowane zaś stosujmy w rozsądnych ilościach.

4. Soki owocowe i smoothies

Ach jak fit i trendy jest wypić na śniadanie świeżo wyciśnięty sok lub smoothie. Ile miejsc coraz częściej oferuje tego typu zdrowe drinki. Nie mówię, że są niezdrowie co do zasady, ale trzeba pamiętać o dwóch rzeczach. Soki (podobnie jak oleje) są formą skondensowaną. Soki owocowe zawierają ogromną ilość cukru, w tym fruktozy, dodatkowe pozbawiają owoców błonnika, który zostaje w pulpie. Oczywiście szklanka soku nas nie zabije ale opijanie się nimi kilka razy dziennie bardzo podwyższa poziom cukru we krwi. Jeśli chcemy pić soki – pijmy soki warzywne, szczególnie zielone. Domowe smoothie w umiarze nie powinno zaszkodzić, uważajcie jednak zamawiając je w kawiarniach, bo niestety nie macie żadnego wpływu na to, co jest w środku i czy ktoś dla poprawy smaku nie sypnął cukrem, fruktozą albo chińskim miodem.

5. Płatki śniadaniowe

Gotowe płatki śniadaniowe najczęsciej zawierają mocno przetworzone ziarno (często jest to niestety pszenica), są słodzone a nawet koloryzowane. Nie mówię, że to niemożliwe, ale mnie jeszcze nie udało się znaleźc gotowych płatków śniadaniowych, których skład byłby dobry i nie wzbudzał moich zastrzeżeń. Jest to tym bardziej smutne, że właśnie ten produkt jest najczęściej reklamowany hasłami typu „zbożowe“, „bogate w witaminy“, „dla rozwoju Twojego dziecka“, „bez cukru“ (za to z aspartamem!). Płatki śniadaniowe najlepiej robić samemu, nawet takie chrupiące da się zrobić w piekarniku.

6. Pakowana sałata (gotowe mieszanki w folii)

Kupcie nasiona sałaty i wyhodujcie jedną na próbę w doniczce. Rośnie ładnie nawet na balkonie. Następnie zerwijcie kilka liści, pokrójcie i włóżcie do foliowej torebki, może być z otworkami. I zobaczycie, że po kilku godzinach sałata jest zwiędła i nieapetyczna, nawet w lodówce. Co zatem takiego dzieje się z sałatą pakowaną, która może leżeć nawet tydzień, co więcej nie trzeba jej juz myć ani kroić? Co zostało do niej dodane, żeby świeża sałata prosto z Włoch po przejechaniu np. 2 tys. kilometrów mogła być sprzedawana w Polsce po jej przywiezieniu przez dobrych kilka dni?  Coraz częściej słyszy się o naświetlaniu warzyw, w tym sałaty (pisałam o tym tu) czy o stosowaniu chemicznych „przedłużaczy świeżości“ wśród których wymienany jest np. chlor. Nie znam rzeczywistego sposobu na sałatę, ale wiem, że normalnie sałata się tak nie zachowuje i to mi wystarczy. 

 7. Jogurciki, serki, danonki itp.

jogurcikZdrowe, bo przecież to jogurt i owoce. Z jogurtem niewiele ma to wspólnego, obok owoców nawet nie leżało. Natomiast ma duuuuuużo cukru (jeśli producentowi zależy na „jakości“) lub syropu glukozowo-fruktozowego (gdy producent ma wszystko gdzieś), barwników, mleka w proszku itp. Jeśli produkt jest dodatkowo homogenizowany przyczynia się do wyhodowania miażdżycy, o czym pisałam w tym arykule. Z dala od takich produktów. Dzieci i dorośli karmione danonkami itp. mają słabszą odporność i często wilgoć w jelitach (drożdżycę) a także nadwagę. Tak, tak, taki „zdrowy“ jogurcik przeciętnie zawiera od 25 do 30 g cukru, czasem więcej niż batonik!

8. Woda mineralna w plastikowych butelkach

Latem pić się chce, chętnie sięgamy więc po butelkowaną wodę źródlaną lub mineralną. Jakość tych wód pozostawia wiele do życzenia, okazuje się, że zwykła kranówka przefiltrowana w dzbanku z filtrem węglowym jest niejednokrotnie dużo zdrowszą a przy tym dużo tańszą opcją. Nie tylko jednak w jakości tkwi problem. Plastik, z którego wykonane są butelki PET zawiera bisfenol A, zbliżony działaniem do żeńskich hormonów, odpowiedzialny m.in. za podwyższone ryzyko zawału, zaburzenia gospodarki hormonalnej a nawet hormonozależne typy raka (rak piersi, jajników). Jest to szczególnie niebezpieczne latem, przy wysokich temperaturach, w których reakcja przedostawania się subtancji z opakowania do wody zachodzi znacznie szybciej. Bliżej o tym pisałam w tym artykule.

9. Nowalijki

Gdy zima powoli odchodzi w niepamięć w sklepach zaczynają pojawiać się już w marcu rzodkiewki, rzerzucha, młoda marchew, młode pomidory, szczypiorek itp. Wymęczeni  zeszłosezonowymi ziemniakami, marchewką, burakami, kapustą i jabłkami chętnie sięgamy po te nowe (stąd nazwa) warzywa, choć wiemy, że są one wyhodowane w szklarni. Nowalijki są bardzo zanieczyszczone chemią, szczególnie niebezpiecznymi związkami azotu. Dlatego z nowalijkami nie należy przesadzać, a wręcz ograniczać ich spożycie. BARDZO WAŻNE:  nwowalijek nie wolno trzymać w lodówce w foliowych torebkach, bo wytwarzająca się wówczas wilgoć (małe kropelki na folii od wewnątrz) przyspiesza przemianę azotynów w rakotwórcze nitrozoaminy.

10. Orzeszki ziemne

Najmniej zdrowe z orzechów – dlatego również najtańsze. Spowalniają metabolizm wątroby, mogą powodować wypryski skórne, są często chemicznie nawożone. Fistaszki są niestety nosicielami grzybów, wytwarzających rakotwórczą aflatoksynę. Najbezpieczniejsze są po ugotowaniu w wodzie przez min. 1 godzinę, w tej formie stosowane są w TCM do nawilżania płuc i jelit. Niestety po takim gotowaniu smak się zmienia i bardziej przypominają soję niż orzechy. Zatem z orzeszkami arachidowymi należy uważać, korzyści niewiele, zagrożeń sporo.

Życzę mądrych wyborów!

Share on Myspace

wtorek, 19 kwiecień 2016 00:00

Dieta a Rak - ABC

Cz. 5 Emocje 

 

Kolejną potencjalną przyczyną choroby nowotworowej są problemy natury psychicznej. Przy czym zaznaczę jeszcze raz, że dokonany przeze mnie w tym artykule podział, miał rolę wyłącznie porządkową, gdyż wszystkie te przyczyny mogą się ze sobą łączyć, nachodzić na siebie a nawet wypływać jedna z drugiej.

Miesiąc temu brałam udział w dwudniowym specjalistycznym seminarium dotyczącym leczenia chorób nowotworowych wg. TCM, prowadzonym przez prof. Sun Peilina -  wybitnego chińskiego lekarza tradycyjnej medycyny chińskiej. Seminarium skierowane było do doświadczonych praktyków medycyny chińskiej w Polsce i obejmowało również superwizję, czyli obserwowanie procesu diagnozowania i dobierania leczenia dla pacjentów onkologicznych przez profesora. Wykorzystanie TCM w leczeniu chorob nowotworowych może polegać na wspomaganiu leczenia konwencjonalnego, łagodzeniu skutków leczenia konwencjonalnego lub leczeniu niezależnym (bez leczenia konwencjonalnego).

To co mnie niezwykle zaskoczyło to ilość czasu jaka została poświęcona omówieniu wpływu emocji na rozwój i przebieg choroby i tego ile razy było to powtórzone. Niby sprawa jest oczywista, bo dziś już nikt nie zaprzecza, że większość chorób ma swoje podłoże w psychice, ale rozebranie tej wiedzy na czynniki pierwsze nadal zaskakuje. Otóż każda emocja ma swoje odbicie w ciele, a każda zablokowana emocja (tj. taka, której nie pozwoliliśmy odpowiednio wybrzmieć tylko ją ukryliśmy) odkłada się w ciele w postaci blokady (np. napięcia mięśniowego).

Tradycyjnie przyjmuje się, że osoby, które silnie przeżywają emocje, ale ich nie uzewnętrzniają (duszą w sobie, chowają do wnętrza) to typowi kandydaci do wyhodowania sobie raka. Z kolei osoby, które również silnie przeżywają emocje, ale je uzewnętrzniają (wściekają się, krzyczą, zachowują jak furiaci) to kandydaci do tzw. incydentów wieńcowych (zawałów/udarów). To oczywiście znaczne uproszczenie, ale zdecydowanie coś jest na rzeczy. Są podejmowane próby powiązania konkretnych chorób z konkretnymi dolegliwościami. Najbardziej chyba znaną prekursorką tego ruchu jest Louise Hay i jej sztandarowa książka „Możesz uzdrowić swoje życie”, w której łączy konkretne dolegliwości z długotrwale odczuwanymi konkretnymi problemami na tle psychicznym.

W TCM już kilka tysięcy lat temu powiązano pewne choroby z emocjami lub nadmiernymi emocjami (7 niszczących emocji wg. TCM to gniew, strach, niepokój/radość, smutek, żal, nadmierne myślenie, zaskoczenie/przerażenia).

Dwa tysiące lat temu rzymski lekarz Galien napisał, że szczególnie podatni na zapdnięcie na poważną chorobę są ludzie w depresji.

Wracając do superwizji u prof. Peilina – jedna z pacjentek ok. 7 lat przed zachorowaniem miała bardzo trudny okres życiowy, w którym dominującymi emocjami były u niej poczucie bezradności i niemocy na przemian z żalem i poczuciem skrzywdzenia. Ponieważ przyjmuje się, że guz nowotworowy potrzebuje średnio ok. 7 lat aby się uformować z pierwszych komórek nowotworowych – w przypadku tej pacjentki sprawa była dosyć oczywista.

Wielu pacjentów onkologicznych jest w stanie połączyć precyzyjnie pewne bardzo trudne wydarzenia ze swojego życia z momentem zachorowania na chorobę nowotworową.

Wracając do superwizji, niestety wynikało z niej, że pacjentka nie przerobiła pewnych tematów do dziś, nadal jest w niej dużo żalu, urazy do konkrentnej osoby, poczucia bycia skrzywdzoną, ba pielęgnuje te uczucia w sobie regularnie i robi wszystko żeby nie odeszły. Nic dziwnego, że na płaszczyźnie fizycznej rak powraca po każdej kolejnej chemioterapii i obecnie ma trzeci nawrót :-(. „Gdy Ty rozpaczasz, oni tańczą walca”. Twoja złość, frustracja niczego nie zmienia a szkodzi Ci nie tylko na przysłowiową urodę, ale i na zdrowie.

Inny klasyk i lektura obowiązkowa nie tylko dla nowotworowców, ale dla każdego zainteresowanego rozwojem człowieka to „Siła czy Moc” Davida Hawkinsa. W skrócie rzecz ujmując ten światowej sławy psychiatra przez ponad 20 lat pracy prowadził badania nad emocjami i odpowiadającymi im wibracjami o charakterze energetycznym (elektrycznym) w ciele człowieka. Oprócz tego, że składamy się z materii, jesteśmy bankiem energii - każda komórka naszego ciała składa się z atomów, każdy zaś atom składa się z jądra i krążących wokół niego elektronów o określonej wibracji. Przeżywane przez nas emocje wpływają na poziom wibracji atomów, z których jesteśmy zbudowani. W stworzonej przez siebie na podstawie wykonanych pomiarów tysięcy pacjentów skali Hawkin nadał poszczególnym emocjom określone wartości wibracyjne. Punktem krytycznym jest poziom 200 (odwaga), powyżej którego znajdują się emocje korzystne dla zdrowia takie jak neutralność, ochota, akceptacja, rozsądek, miłość, radość, pokój, oświecenie.

Wszystko co znajduje się poniżej 200 (duma, złość, pożądanie, strach, żal, apatia, poczucie winy, wstyd) to emocje niekorzystne, fatalnie wpływające na nasze zdrowie. Wstyd jest najgorszą, najniższą energetycznie emocją. Długotrwałe utrzymywanie wibracji poniżej 200 jest prostą drogą do zachorowania na raka. Im niższa wibracja, tym gorzej. Oczywiście tak jak przy odżywianiu istotne jest jak się zwykle żywisz, a nie to czy od czasu do czasu zdarzy Ci się odstępstwo, podobnie jest tu – życie przynosi różne, czasem bardzo trudne doświadczenia, które wiążą się z negatywnymi emocjami, które powodują, że schodzimy poniżej granicy 200. Problem pojawia się wtedy, gdy emocje te utrzymują się zbyt długo i stają się emocjami dominującymi.

Należy dążyć po pierwsze do tego, żeby emocje nie były nieadekwatnie silne do sytuacji, a po drugie – aby nie utrzymywały się przesadnie długo.

Nadmiernie intensywne emocje są złe, zmieniają mocno biochemię organizmu, wpływając m.in. na obniżenie odporności, powstanie stanów zapalnych. Istnieje cała odrębna dziedzina zwana psychoneuroimmunologią badająca właśnie te zależności. Przykre jest zatem to, że część naszych rodzimych lekarzy kompletnie nie widzi związku między psychiką a rakiem.

Naukowcy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Francisco (Lydia Temoshok i Andrew Kneier) badali reakcje emocjonalne u pacjentów chorych na raka na serwowane im słabe impulsy elektryczne i prosili pacjentów o opisanie jak się czuli. Z pomiarów wynikało niezbicie, że pacjenci nowotworowi reagowali znacznie silniej i bardziej cierpieli mentalnie niż ci bez chorób nowotworowych. W tej samej sytuacji nienowotworowcy twierdzili np., że przyjemne to nie jest, ale da się wytrzymać, zaś reakcje nowotworowców były znacznie bardziej intensywne emocjonalnie ("potworne", "okropne" itp.). Na tej podstawie sformułowano wniosek, że osoby nadmiernie wrażliwe i reagujące silniej niż przeciętny człowiek na różne trudne zdarzenia mogą mieć większe predyspozycje do zapadnięcia na chorobę nowotworową. Inną ciekawą kwestią, która wyszła w przypadku tego badania była korelacja braku poczucia szczęścia w dzieciństwie z chorobami nowotworowymi – praktycznie żaden z pacjentów nowotworowych nie potwierdził, że miał szczęśliwe dzieciństwo.

Nie oznacza to oczywiście, że mamy pozbyć się emocji. Byłoby to nienaturalne i dziwne. Chodzi o to aby były one adekwatne do sytuacji. Jak kamień wrzucony do wody, który zaburza jej idealną gładkość tworząc kręgi (zdenerwowania) na wodzie. Mały kamień powinien spowodować wytworzenie kilku małych okręgów, które szybko znikną, duży kamień – wytworzy większe okręgi i więcej czasu minie zanim woda znów się uspokoi. I to jest naturalne i zgodne z naturą. Problem pojawia się wtedy, gdy mały kamień wytwarza fale jak na Bałtyku przy 10 stopniach w skali Beauforta a czasem wręcz jak Tsunami. Cholerycy zaleją falą tego, który się akurat napatoczy, nowotworowcy te fale i sztorm ukryją w środku, upchną, zamiotą pod dywan, nie pozwalają „wybrzmieć”. Metaforycznie rzecz ujmując takie schowane, poupychane, wyparte bardzo silne emocje (frustracja, niewyrażony gniew, chowanie urazy, rozpamiętywanie, żal) zaczynają się kumulować aby w którymś momencie zamanifestować się już w fizycznej formie guza. Pisałam kiedyś w tym artykule, że jakość naszego życia zależy od jakości naszego trafienia, rozumianego nie tylko na płaszczyźnie fizycznej, ale i na płaszczyźnie psychicznej. Jeśli na poziomie psychicznym dochodzi do niestrawności, bardzo łatwo o poważną chorobę.

Oczywiście łatwiej powiedzieć niż zrobić. Osoba ulegająca nadmiernym emocjom nie jest w stanie ich kontrolować gdy w nie wpada. Nawet jak będzie wiedzieć na poziomie świadomym, że są one zgubne to gdy się pojawią niewiele będzie w stanie z nimi zrobić. Dlatego niezbędna jest praca według wybranej techniki dla łagodzenia reakcji. Jest to praca długotrwała, żmudna i trudna, ale niezbędna. Doskonałe wyniki przynosi np. medytacja.

Wrcając do TCM, nowotwory, których praprzyczyną są emocje zaczynają się w Wątrobie. Nadmiernie przeżywane emocje  zakłócają swobodny przepływ Qi w wątrobie, a w konsekwencji w całym ciele, powodując tzw. zastój Qi w wątrobie, w meridianach a następnie w Śledzionie. To prowadzi do zastoju Krwi (zaburzenie menstruacji, PSM, krwiaki, mięśniaki, guzki) i dysfunkcji Śledziony.

Zastój Qi w Wątrobie jest jedynym wzorcem patologii w medycynie chińskiej, którego samym odżywianiem wyleczyć się nie da. Niemniej korzystne są koper włoski, mięta, śliwki, rzodkiewka, sezam, imbir, czosnej, pieprz (wszystko co porusza Qi). Pomocne są zioła, ale zawsze potrzebna jest praca z emocjami, najlepiej przez ciało (taniec, działania kreatywne, grupy wsparcia gdzie można się wygadać, refleksoterapia, qi gong, tai qi, joga itp.)

Mieszanka ziołowa na zastój Qi w wątrobie:

5 g liści mięty piperzowej, 5 g. kwiatu nagietka, 5 g skórki pomarańczowej, 10 g ziela krwawnika, 3 g. lukrecji

Tak więc praca domowa przy chorobie nowotworowej to nie tylko detoksykacja, usunięcie stanów zapalnych, odkwaszenie, pozbycie się metali ciężkich, zmiana diety ale również (a kto wie - może nawet przede wszystkim) praca z uporządkowaniem i przejęciem kontroli nad emocjami. Nie każdy nowotwór musi mieć podłoże psychologiczne, jednak zawsze warto się przyjrzeć czy aby na pewno w danym konkretnym przypadku nie ma tu nic do zrobienia.

Share on Myspace


 

Zdrowie to jedynie kwestia nawyku,

wielu drobnych przyzwyczajeń,

które składają się na całość

a jedyną osobą, która może Cię uzdrowić

jesteś Ty sam.